wtorek, 2 stycznia 2018

Komentarze.

 Ksiądz, który kiedyś wygrał pieniądze na budowę kościoła niedawno został z niczym. Spaliła się drewniana plebania z kaplicą. Nic nie zostało. Komentarz tylko jeden z wielu:
Niech idzie do jakiegoś teleturnieju Raz mu się udało  

Tuż przed świętami następny pożar, który był skutkiem wybuchu rozszczelnionej butli. Dom nie nadający się do zamieszkania, trójka chłopaków poparzona. Komentarz ( już usunięty):
Jebło to jebło, po co dyskutować.

No i kwiatek:
Pożar sprzed kilku lat. Cały duży drewniany dom spłonął. W płomieniach zginął mężczyzna, który chciał cokolwiek ratować z dobytku. Na odbudowę domu zebrano pieniądze.
Komentarz, który usłyszałam od niejednej osoby:
Takim to dobrze.

Autorzy takich komentarz często znają osobiście ofiary takich tragedii. Trudno zrozumieć czym się kierują.

piątek, 8 grudnia 2017

Co mi się wydaje.

   Na polityce się nie znam, dlatego też sporadycznie odzywam się na ten temat. Trudno stać całkiem z boku nawet dla laika. Odnoszę wrażenie, że wtedy, ponad dwadzieścia lat temu w Magdalence politycy po prostu się dogadali - wy będziecie prawica, my lewica. My coś ludziom obiecamy, zanim będą mieli nas dość to zdążymy swoje sprawy załatwić, potem was wybiorą i tak na zmianę. A reszta to tylko nic nie znaczące pionki, żeby się ludziom wydawało, że mają demokrację i jakiś wybór.

   Małe miasteczko, gdzie każdy każdego zna. Mnóstwo osób przede wszystkim mężczyzn uzależnionych od alkoholu. Znajoma zauważyła to dopiero,kiedy po studiach wróciła do domu. Dawniej pracę dostał każdy. Na wsi wtedy nie było takiego komfortu jak teraz, telewizja czy radio nie zawsze odbierały. Łazienka z bieżącą wodą to był luksus, a do tego praca w gospodarstwie. Jak, kto był leń i pijak to posprzedawał co się dało, albo ugorem zostawił i poszedł do miasta. A w miasteczku dostał pracę, mieszkanie w bloku pracowniczym, pensję. Miał gdzie mieszkać, miał za co żyć i miał za co pić. A jak takiego pijanego delikwenta w pracy złapali to ewentualnie premii nie dali. Czasem wyrzucali, ale pracować każdy musiał więc pracę dostał gdzie indziej. Leń i alkoholik w takim miasteczku pracę wtedy dostał. Potem się zmieniło. Zaczęto zwalniać, jedną fabrykę zlikwidowali całkiem, a lenistwo i alkoholizm zostały. Znajoma pomyślała i przyznała mi rację.
  
   Wolałabym czasem nie mieć racji. Wolałabym, żeby moje wnioski nie zawsze okazywały się strzałem w dziesiątkę. Chciałabym się mylić nieraz co do ludzi, sytuacji i późniejszych wydarzeń.

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Brak prądu.

   Nie było to tak bardzo dawno temu, bo około dwudziestu pięciu lat temu. Znajomy z kilkoma osobami wybrał się na wakacje w góry. Dziewczyny zabrały ze sobą mnóstwo ubrań, bucików na różne okazje, żelazko, kosmetyki, sprzęt do stylizacji włosów i wszystko co dziewczynom jest potrzebne do szczęścia. Przyjechali na miejsce, do przepięknej wsi gdzieś w Bieszczadach. Na miejscu okazało się, że wieś nie ma jeszcze podciągniętego prądu. Dla męskiej części problemu nie było. Za to dla tej drugiej strony nie wiem co było gorsze: brak odpowiedniego obuwia, pogniecione ubrania czy niemożność zakręcenia włosów lokówką.

    Większość sąsiadów wyburzyła kuchnie węglowe, powyrzucali na złom piecyki tzw. kozy, zasypali studnie (nieraz z dobrą wodą pitną), co więcej źródło, które kiedyś było na wsi komuś przeszkadzało i ktoś wlewał tam nieczystości, a inne zniknęło, wyschło.

Po ostatnich opadach śniegu wiele nie tylko wsi, ale i miast zostało pozbawionych prądu. Od czwartku do tej pory niektórzy jeszcze prądu nie mają. Jak bardzo uzależniliśmy się od elektryczności. Nawet domy jednorodzinne bez tego już nie funkcjonują. Owszem są agregaty prądotwórcze, ale na powietrze nie "chodzą", zresztą w sklepach szybko agregatów zabrakło.

Wracałam z Kielc. Po całej długości na kablach leżały złamane gałęzie, czy nawet mniejsze drzewa. Słychać było trzaski w lesie. Jakaś gałąź uderzyła w samochód. Droga do nas przez chwilę była nieprzejezdna z powodu zwalonego drzewa.

Przez ten czas okazało się, że ludzie zamiast wspólnie poczytać, zagrać w coś, porozmawiać, pośpiewać, spotkać się, to tracili czas na wydzwanianie do zeorku, służb drogowych, wyzwiska pod ich adresem i wyżalanie się na fb (o ile telefon się nie rozładował). A oni na drogach byli. Nie tylko elektrycy i drogowcy, ale i OSP. Szybko się uwijali nie tylko z powodu zimna. Zanim z jednym zwałem skończyli mieli wezwanie do następnego.

Mnie brakuje studni z wodą nadającą się do picia i piekarnika bez prądu. Z problemami jakimi musieli borykać się ostatnio znajomi i sąsiedzi to nie są duże braki. Jednak trzeba z czasem i to rozwiązać.

Elektryczność - największe uzależnienie ludzkości.


czwartek, 21 września 2017

Łk 7, 11 - 17 Młodzieniec z Nain.

   "Wkrótce potem udał się do pewnego miasta, zwanego Nain; a szli z Nim Jego uczniowie i tłum wielki. Gdy zbliżył się do bramy miejskiej, właśnie wynoszono umarłego - jedynego syna matki, a ta była wdową. Towarzyszył jej spory tłum z miasta. Na jej widok Pan użalił się nad nią i rzekł do niej: «Nie płacz!» Potem przystąpił, dotknął się mar - a ci, którzy je nieśli, stanęli - i rzekł: «Młodzieńcze, tobie mówię wstań!» Zmarły usiadł i zaczął mówić; i oddał go jego matce. A wszystkich ogarnął strach; wielbili Boga i mówili: «Wielki prorok powstał wśród nas, i Bóg łaskawie nawiedził lud swój». I rozeszła się ta wieść o Nim po całej Judei i po całej okolicznej krainie."    

   O cudach już pisałam i napiszę nie raz. To wtorkowy fragment Ewangelii. We wtorki mam spotkania wspólnoty. Ewangelię na dany dzień czytam zazwyczaj wieczorem albo przed spotkaniem. Tym razem nie przeczytałam. Gdybym wiedziała najprawdopodobniej nie poszłabym na spotkanie. Stało się inaczej. Uświadomiłam sobie, że od Boga wymagałam cudów. Tych spektakularnych takich jak wskrzeszenie. A gdy cudu nie było pojawił się żal, wściekłość, poczucie niesprawiedliwości, tym bardziej, że znam podobny przypadek i patrząc na uzdrowione cudem dziecko widziałam potęgę Boga.
Wydaje mi się, że pragnienie cudu było większe niż pragnienie Boga. Nie Bóg był na pierwszym miejscu, ale Jego cuda. Nie Boga podziwiałam, ale to co zrobił.

Na koniec fragment, który pojawił się podczas Adoracji Flp 2, 4 "Niech każdy ma na oku nie tylko swoje własne sprawy, ale też i drugich!"

 
"Wskrzeszenie młodzieńca z Nain", 1816, Pałac Sztuk Pięknych w Lille, Francja.

niedziela, 17 września 2017

"Wypłyń na głębię."

   Wychodzenie z grzechu to nieraz bardzo długi i żmudny proces. Często zdarzają się chaotyczne myśli i nieprzemyślane działania. A przecież powrót do Boga sprowadza się do jednego, zaufania Bogu bez względu na wszystko. To jest jedyne czego On od nas oczekuje. Tylko czy zaufania można się nauczyć?
   Obcowanie z Bogiem krótko wyrażają słowa: radość, cierpienie, radość. Rzadko który przechodzi do tej drugiej radości jaką jest Zmartwychwstanie i wszystko co jest z tym później związane. Przeważnie zatrzymujemy się jeszcze przed Krzyżem, często nawet nie rozumiejąc istoty cierpienia. Pierwsza radość wynika tylko z bycia Dzieckiem Bożym. Uporczywe tkwienie w niej bez następnych kroków prowadzi do bezkrytycznego przekonania, że można robić co się chce, bo Bóg jest od tego, aby nam wybaczać. Ewentualnie wyrastamy z tej radości, która idzie w zapomnienie. Ja przez tą pierwszą radość przeszłam trzy razy. Teraz stoję pod Krzyżem i trudno jest mi zrobić następny krok.
   "Wypłyń na głębię" - słowa, które nie dają mi spokoju.




czwartek, 13 lipca 2017

poniedziałek, 10 lipca 2017

"...każdy ma teraz depresję..."

   Na fb ktoś ze znajomych polubił udostępniony taki cytat "...depresja (...), każdy ma teraz depresję, bo to zajebiste usprawiedliwienie na to, żeby mieć wszystko w dupie i nie ruszać dupy z wyra."
W tamtym roku pisałam o mojej "przygodzie" z prawem jazy. To był tylko epizod, ale od dłuższego czasu takich epizodów jest coraz więcej.
   Chodziłam spać o 23 - 24, wstawałam 4 - 5. Nieraz, zwłaszcza wiosną i latem jeszcze przed świtem byłam na nogach. Siedziałam z kawą na podwórku i słuchałam śpiewu słowika. Teraz usypiam nawet po 20 i mam problem, żeby wstać o 7. Wiosną kupiłam drzewka owocowe, popatrzyłam na zarośnięte podwórko, na kosiarkę i rzuciłam je tam gdzie stałam. Codziennie wstaję rano i obiecuję sobie, że pójdę z córką na spacer. Nawet za zakupy jest mi trudno wyjść. Miałam kiedyś mnóstwo znajomych, nie na portalach internetowych. Nie było sytuacji niemożliwych do przejścia. Miałam piękny ogród. Kwiaty, warzywa, wykoszone, czyściutkie podwórko. Teraz ludzie mogliby nie istnieć. Zwykłe umówienie wizyty u okulisty jest problemem. Krzewy porzeczki zżera szkodnik. Nie potrafię rozmawiać z ludźmi, nawet z najbliższymi. Zaczynają być dla mnie obojętni.
 Codziennie rano proszę Boga, aby przeżyć kolejny dzień.  Te chwile są wytchnieniem, ratują mnie. Naprawdę mnie ratują.
Mówiłam głośno, że sobie nie radzę. Nie tylko najbliższym.
Nie mam zdiagnozowanej depresji, ani innej tego typu choroby, więc tak - jestem zgnuśniałym leniem i nierobem, kimś komu się we łbie przestawia.
Nie, do lekarza nie pójdę z prostej przyczyny - nie mam do nich zaufania.



niedziela, 25 czerwca 2017

Upomnienia.

   Upominano mnie nie raz. Ostatnio nawet miesiąc temu. Nie czułam się z tym komfortowo. Zresztą kto by się czuł? To nie jest przyjemne. Upomnienie ma doprowadzić do przemyślenia swoich słów czy postępowania. Upomniałam w końcu i ja. Nie powinnam. Teraz myślę, że ten obowiązek należał do proboszcza.
Ścisłe relacje człowieka z Bogiem i człowieka z człowiekiem określa 10 przykazań. Upomniałam, bo odnoszenie choćby jednego przykazania do zwierzęcia zakrawa na herezję.
Św. Paweł z Tarsu powiedział "unikajcie wszystkiego, co ma choćby pozór zła" (1Tes5,22). Narkotyki, jak je zwał tak zwał, nawet pozoru zła nie mają - są złem. W medycynie żadną nowością nie są. Narkotyk to narkotyk, a patrząc na tych którzy są za legalizacją marihuany utwierdzam się w przekonaniu, że kieruje nimi ich własny nałóg.
"Nie będziecie się tatuować. Ja jestem Pan!” (Kpł 19,28) Upomniałam. W tym przypadku nawet stanowisko Papieża, który urwał całą dyskusję o tatuażach, nie jest niczym nowym.
W zasadzie nic mnie to by nie obchodziło, gdyby nie fakt, że powyższe kwiatki dotyczą oazy, a konkretnie animatorów. Osób, które mają być przykładem dla dzieci.
Upomnienie w cztery oczy skończyło się awanturą i wyzwiskami (których wstyd przytoczyć) pod moim adresem. I nawet nie jest mi przykro z powodu tych wyzwisk, ale podniesionego głosu (chociaż ja mam taki głos, że wcale nie muszę ani krzyczeć, ani go podnosić). Tym bardziej, że wszystko miało miejsce przy kościele.
Teraz uważam i twierdzę, że całe zło jakie spotkało moją najstarszą córkę pochodziło właśnie z oazy. Uważam i twierdzę, że słownictwo jakiego używa mój syn w dużej mierze  przyczyną jest oaza. Sprostowanie nie oaza, ale ludzie którzy ją prowadzą, dając tym samym świadectwo wspólnocie.
Z tego co wiem zwracano już proboszczowi uwagę. I to jest drugi powód mojego rozżalenia. Córka zaszła w ciążę. Nie mogli od razu wziąć ślubu ze względu na jej zdrowie. Kto miał kolkę nerkową nie muszę nic tłumaczyć. Chcieli mieć i ślub i wesele. Z powodu moich strat z chrzcinami nie chciała czekać. Proboszcz ochrzcił wnuczkę po mszy, aby nie powodować zgorszenia. Córka to zrozumiała, chociaż było jej przykro. Sąsiadów córka zaszła w ciążę, urodziła. Chcieli zamówić najpierw ślub i chrzciny zaraz po ślubie. Proboszcz się nie zgodził. Ślub i chrzest odbyły się w Kielcach. Argumentów nie znam, ale tego już nie rozumiem.
Za to co jest w porządku i nie powoduje zgorszenia - służąca do mszy wytatuowana para, popierająca narkotyki, z której jedno nieźle potrafi przyćpać, nie widząca nic złego w swojej "filozofii" i obnosząca się ze swoimi grzechami. I to gdzie - w Sanktuarium Maryjnym. Wstyd, po prostu wstyd!!!

środa, 10 maja 2017

O pomocy, wdzięczności i zepsutych narzędziach.

   Dziewczyna jest jedynaczką. Jej rodzice kłopotów finansowych nie mają, niektórzy mogą nawet powiedzieć, że to zamożna rodzina. Dziewczyna mając 14 lat dowiedziała się, że ma guza na mózgu. Operacja, a później rehabilitacja. Niby leczenie jest darmowe, ale każdy wie jak to jest ze służbą zdrowia, ale nie o tym chciałam pisać. Nawet czyjaś zamożność w przypadku choroby ma swoje granice. Ruszyła lokalna machina pomocy. Wczoraj doszła do mnie plotka, że rodzice dziewczyny będą mieli sprawę w sądzie, ponieważ fundusze przeznaczali nie tylko na leczenie, ale i na najnowsze gadżety, ubrania itp. Zresztą nie o samą plotkę mi chodzi tylko o reakcję ludzi i moją.
I w tym momencie chciałam się skupić na sobie.
Od razu się oburzyłam, bo jak mieli nadmiar mogli przeznaczyć dla innego dziecka. Później przyszła refleksja. Jedno dziecko i śmierć w progu. Jeśli wyzdrowieje to dobrze, ale... jak przeżyć z dzieckiem całe życie w kilka chwil. Te rzeczy są substytutem czasu, miłości, troski i wszystkiego tego co rodzice dają dziecku.
Nadmiar. Musiałam kupić talerze. Wybrałam zastawę na dwanaście osób. Mogłam iść do kauflandu, tesco czy innego sklepu i kupić w promocji talerze za dwieście złotych (gdzieś takie coś było). Ja miałam zastawę już upatrzoną. W swoim mieście jej nie znalazłam, poza talerzami na sztuki. Zamówiłam przez internet tutaj (za reklamę, polecenie, wstawienie linku nikt mi nie zapłacił, zrobiłam to z własnej, nieprzymuszonej woli). Miałam nadmiar i  miałam taki kaprys, a w kolejce czekają inne rzeczy do kupienia. Mam nadmiar - kupuję herbatę. Znacie te małe woreczki na góra dziesięć porcji. Taki woreczek kosztuje siedem, dziesięć złotych. Za tyle miałabym zapas herbaty na pół roku, albo i dłużej. Można pokusić się o stwierdzenie, że nikt mi na to nie dał, ale to też do końca nie jest prawda. Kiedy zakładałam działalność nie sądziłam, że będzie tak ciężko. To co zarobię to o kant stołu rozbić. A najczęściej trzeba do tego dołożyć, a dokłada mąż. Ale wróćmy do nadmiaru. Przy nadmiarze nie jest ważne jego źródło. Brak nadmiaru, a tym bardziej niedosyt powoduje ukłucie zazdrości w sercu i poczucia niesprawiedliwości. A jeszcze jak gdzieś zaplączą się nasze pieniądze jak w przypadku pomocy to złość i wściekłość ludzka murowana.
Po co pomagam? Czy to nie jest tak, że chcę poprawić tylko swoje samopoczucie, złudę bycia komuś potrzebnym, potrzebę dostrzeżenia i chwalenia przez otoczenia naszych dobrych uczynków?
 Kiedyś wrzucałam dwa złote do puszki raz w roku, nieraz wysyłałam sms i myślałam, że kupiłam sobie za to całą wdzięczność świata. To jest łatwe i przyjemne. Czułam się taka dumna i wspaniała.
Bóg tą dumę złamał. Szłam na dworzec. W dłoni różaniec, który odmawiałam. Pod schodami w tunelu leżał młody mężczyzna. Nie, nie zostałam bohaterką chwili. Po prostu ominęłam, przeszłam i mnóstwo wymówek: bo na busa nie zdążę, bo plany na popołudnie i jeszcze mnóstwo innych. Różaniec schowałam do kieszeni, żeby głupio nie wyglądało. I chociaż wiele lat minęło, to jednak wyrzuty sumienia zostały. Druga sytuacja. Spotkałam koleżankę. Małżeństwo wisiało na włosku, ona z guzami w piersiach, była tak załamana, że nie chciała iść nawet do lekarza. Też się wtedy spieszyłam, mnóstwo wymówek i różaniec w kieszeni. Znalazłam chwilę. Porozmawiałyśmy, a raczej słuchałam. Najtrudniej było dać własne świadectwo bez narzekania, biadolenia i użalania się nad sobą. To ona wtedy potrzebowała słuchacza i  wsparcia. Za nią i za jej rodzinę poszedł w ruch różaniec. Koleżance się poukładało, wyzdrowiała, nie rozstała się z mężem. I nie uważam to za swój sukces. To zupełnie nie jest moja zasługa. I nie uważam też, że byłam wspaniała. To był normalny odruch, tak jakbym oddychała. Kiedy później usłyszałam słowa podziękowania byłam szczerze zdziwiona i zmieszana. Kim ja jestem, aby mi dziękować?
Pomoc musi być czymś naturalnym. Nie może stawiać mnie ponad innych ludzi. To nie ja mam się dobrze czuć niosąc pomoc, ale inni. To ja powinnam dziękować za możliwość pomocy innym, nie ktoś mnie. Ci, którzy potrzebują pomocy najczęściej o nią nie proszą.
O pomoc jest najtrudniej prosić.
Musiałam prosić o pomoc. Rodzina, moja rodzina, która przy świątecznym stole mówiła bardzo mądre rzeczy była ostatnia do której się zwróciłam. Potrzebowałam konkretnej pomocy. Tysiąc złotych pożyczki, oddaję za miesiąc. Mąż musiał mieć na wyjazd i jeszcze na część bardzo naglących rachunków. Od kuzynki, zawsze chętnej do pomocy usłyszałam "mam, ale nie pożyczę, bo możesz nie mieć, ja będę w podobnej sytuacji i z czego mi oddasz". Nie miała oporów, aby wydać około pięciuset złotych na jedzenie (policzyłam). Jedzenie, które nie było mi potrzebne. Mieszkam na wsi, wszyscy się znają i w sklepie mogłam wziąć na zeszyt. I tak musiałam, bo chleba na zapas nie kupię. Zresztą po co tyle jedzenia, jeśli groziło nam odcięcie prądu! "Pomoc nie jest mi już potrzebna. Zabierz  i daj komuś, kto tego naprawdę potrzebuje. Daliśmy już sobie radę". Do kuzynki jednak nic nie dotarło. "Ja to dla dzieci, nie dla was to robię". Czyli co? Pełna lodówka jedzenia, którego nie przejedliśmy, którym podzieliłam się z kimś innym. Kuzynka poczuła się dotknięta moimi słowami. W końcu się tak postarała, a tu nikt jej nie podziękował. 
Mieliśmy wtedy kredyt za dom. Dom to stary, zaniedbany drewniak. Wtedy żaden bank nie dawał żadnych pożyczek, kredytów dla pracujących za granicą, nawet jeśli wyjeżdżali z polskich firm. Od rodziców wyszła propozycja wzięcia kredytu na siebie. Miałam obawy, ale przekonał mnie mąż. Miesięczna rata 650 zł. Rodzice zapewniali o pomocy jeśli będziemy mieli kłopoty. Tak jak w przypadku kuzynki rodzice byli ostatnimi osobami do których się zwróciłam. Pożyczali nam wcześniej na ratę lub na jej część. Czasem mama zapłaciła coś od siebie. Przyjechał tata. Moja najstarsza córka była chora i nie poszła do szkoły. Do tej pory jest w szoku po tym co usłyszała. Mój tata myślał, że nikogo oprócz mnie nie ma w domu. Usłyszałam, że jestem oszust, świnia, złodziej i bydlę. Krzyczałam ja, zawsze krzyczałam, zawsze mnie było słychać. Tata zawsze mówił cicho, ale stanowczo i nigdy przy kimś. Też policzyłam 3200zł. Tyle za tą pomoc byłam rodzicom winna. Nie chcieli później pieniędzy, chociaż bez problemu mogłam im oddać.
Nie opowiadaj o swojej chęci niesienia pomocy, bo jeszcze ktoś ci w to uwierzy.
   Wracając do początku postu. Każdy, ja też, lubi wiedzieć co się dzieje z jego pieniędzmi, chce mieć wpływ na ich dalszy los. Dotyczy to również tego jak inni wydają swoje pieniądze. Ileż razy krytykowałam kogoś, bo kupił taką rzecz, a nie tamtą, bo posadził takie drzewko, a nie inne.
Lubimy mieć wpływ na to co się dzieje, lubimy być chwaleni, lubimy dawać rady, lubimy pouczać innych. Rodzice traktują dzieci jak rzeczy, jak inwestycję, która musi się za trzydzieści lat zwrócić z procentem. Dzieci traktują rodziców jak bankomat, darmową pomoc domową. Działkę sąsiada traktujemy jak przedłużenie własnej. A ktoś, kto kupuje buty za trzysta złotych jest traktowany jak złodziej przez kogoś kogo na te buty nie stać.
Zdaję sobie sprawę, że aby pomóc trzeba nagłośnić, ale czasem odnoszę wrażenie, że jest to mylone ze zwykłym "należy mi się". I w żadnym wypadku nie piszę tego w kontekście rodziny z początku postu. Plotka i moje "święte oburzenie" było tylko początkiem tej długiej refleksji.
To wszystko nas psuje. A jeśli jestem zepsuta to widzę zepsute rzeczy.
Jestem takim zepsutym narzędziem w rękach Boga. On jedyny może mnie naprawić. A tak na marginesie to niezłą ma tą rupieciarnię i jak musi nas kochać jeśli z uporem maniaka naprawia wciąż to samo.
I na koniec idealne narzędzie w rękach Boga - Jego Matka.

                                          Bastiano Mainardi

czwartek, 27 kwietnia 2017

Moja "siostra".

   Pamiętam z dzieciństwa obrazek z wizerunkiem jakiejś świętej. Młodziutka dziewczyna o łagodnej twarzy otoczona różanym wianuszkiem. Chciałam być jak ona - zawsze uśmiechnięta. Chociaż nie wiedziałam kim jest traktowałam ją jak siostrę.
   Po co idę do bierzmowania w zasadzie sama nie wiedziałam, nie zdawałam sobie sprawy jak wielki dar dostanę. Poszłam, bo wszyscy szli, bo rodzice wysłali. Też chyba nawet sami nie wiedzieli po co. Imię wybrałam takie, które mi się podobało. Nic o swojej świętej nie wiedziałam. Potem zapomniałam o obrazku, o bierzmowaniu. Zapomniałam nawet o tym jakie sama wybrałam imię.
   Przez długi czas nie mogłam sobie przypomnieć, ale przypomniałam.
Na imię mam Teresa, a moja "obrazkowa siostra" to św. Teresa od Dzieciątka Jezus.
Mała Tereska, karmelitanka.

   Wczoraj syn miał bierzmowanie. Podczas przygotowań obserwowałam rodziców. Od Pierwszej Komunii dzieci nie zmieniło się nic. Wtedy mamy do kościoła przyniosły czajnik elektryczny i podczas przygotowań urządziły sobie kawiarnię. Na moją uwagę o niestosowności zachowania najzwyczajniej się obraziły. Dopiero jeden z księży zakończył "pogaduchy". Ja jeszcze zostałam. Co z tego, że kościół był wyszorowany jak wchodząc bocznym wejściem trafiało się na bałagan.
Do bierzmowania nie ma takich przygotowań  (a może gdzieś są). Niestety obowiązki ostatnio przerastają moje siły i nieraz nawet możliwości. Nie wtrącałam się. Obserwowałam. "Hymn do Ducha Świętego" trudno się śpiewa. Moje ewentualne możliwości wokalne w zasadzie zaczynają się i kończą na "śpiewać każdy może...". Ale uważam, że nawet próba śpiewania "Hymnu..." nie powinna być powodem do żartów. Homilia podczas, której jest mowa o darach Ducha Świętego, odpowiedzialności, dojrzałej wierze, granicą między dzieciństwem, a dorosłością - znów uśmiechy i głowy kiwające z politowaniem zdające się mówić "o czym ten biskup w ogóle gada".

   Na moim bierzmowaniu poza świadkiem nie było nikogo. A świadek, pomimo iż to była osoba dorosła, też nie bardzo miała pojęcie po co przyszła.

   A ja, czy do końca zdaję sobie sprawę co dostałam? Popełniam błędy. Podejmuje złe decyzje pomimo "przeczuć", że coś jest nie tak. Wybieram Koronkę zamiast Różańca, bo jest krótsza.

Moim problemem jest to, że chcę być perfekcyjna w tym co robię przy jednoczesnym braku cierpliwości. Wszystko ma być idealne i szybko zrobione, ale jest to poprzeczka nie do przeskoczenia. Doprowadza to tylko do rozdrażnienia, irytacji, złości, braku wiary we własne możliwości, bo jeśli coś przekracza moje możliwości czuję się bezwartościowa. Często się zdarza, że po jednej porażce rezygnuję ze swoich marzeń, pasji z tego co nieraz z trudem zdobyłam.
Trafiając do Odnowy spotkałam ludzi, którzy maja już pełen pakiet łącznie z darem języków, widzenia czy prorokowania. I też chciałam być idealna - tak mi się wydawało. Mieć od razu wszystko co mają inni.
Jednak najpierw muszę zaakceptować swoją nieidealność i niecierpliwość.

   Chyba najwyższy czas "odpakować" prezent z bierzmowania. A poznając powoli moją "siostrę" łatwo nie będzie, ale na pewno będzie radośniej.


wtorek, 25 kwietnia 2017

Kwiecień.

Poezja jest w każdym z nas
we włosach pięknej dziewczyny
w oczach zakochanego chłopaka
w szarym płaszczu grubej kobiety
w wytartych kapciach mężczyzny
w uśmiechu małego dziecka
w zmarszczkach smutnego staruszka
w Chrystusie brzemieniem win naszych obarczonym
Poezja jest w każdym stworzeniu
w jękliwym bzyczeniu komara
w żalu bezdomnego szczeniaka
w tęsknym skowycie wilka
w płochliwych oczach gazeli
w ognistych skokach wiewiórki
w kukułce co ludziom grosze liczy
w świętym Franciszku w łachmany bogatym
Poezja jest wszędzie
w dolinie, gdzie woda skałę kształtuje
w niespokojnych liściach osiki
w wieczornym zapachu maciejek
w filiżance, której ucho odpadło
w żałobnej pieśni i w weselnych dzwonach
w niezdarnym dziecięcym rysunku
w rozpaczy Matki co pod Krzyżem stała 

niedziela, 2 kwietnia 2017

Anioł Stróż.

   Podczas spowiedzi usłyszałam od spowiednika "masz swojego Anioła Stróża". 
Niestety, ale o nim zapominamy. Uczymy dzieci czasem formułki i tyle. Kiedy ostatni raz poprosiłam swojego Anioła o pomoc, o wstawiennictwo? A on jest, pokorny, i czeka cierpliwie, aż ja o nim sobie przypomnę. Nawet nie, nie musi czekać. Chroni mnie nawet bez moich próśb. Chwila, kiedy byłam najdalej od Boga, przed grzechem śmiertelnym uratował mnie właśnie mój Anioł Stróż. Uratował mi życie to ziemskie i to wieczne. Dzisiaj wiem to na pewno. Usłyszałam go. Głos nie znoszący sprzeciwu, ale ciepły, pełen dobroci, troski. Od tamtego momentu jeszcze długo błądziłam. Myślałam, że mi się wydawało. W sumie niedawno rozpoznałam tą nieziemską interwencję. Nawet teraz, kiedy wiem ile zawdzięczam swojemu Aniołowi, to tak rzadko do niego się zwracam. "On jest pierwszym twoim orędownikiem, on pierwszy się za tobą wstawia." 
 Nie doceniamy swoich Aniołów Stróżów. Tą przyjaźń warto odnowić w każdym wieku. I lepiej doświadczyć ich istnienia w innych okolicznościach niż ja.


 

środa, 8 marca 2017

Jon 3, 1-10

"Pan przemówił do Jonasza po raz drugi tymi słowami: «Wstań, idź do Niniwy, wielkiego miasta, i głoś jej upomnienie, które Ja ci zlecam». Jonasz wstał i poszedł do Niniwy, jak powiedział Pan.
Niniwa była miastem bardzo rozległym – na trzy dni drogi. Począł więc Jonasz iść przez miasto jeden dzień drogi i wołał, i głosił: «Jeszcze czterdzieści dni, a Niniwa zostanie zburzona». I uwierzyli mieszkańcy Niniwy Bogu, ogłosili post i przyoblekli się w wory od najstarszego do najmłodszego. Doszła ta sprawa do króla Niniwy. Powstał więc z tronu, zdjął z siebie płaszcz, przyoblókł się w wór i usiadł na popiele. Z rozkazu króla i jego dostojników zarządzono i ogłoszono w Niniwie, co następuje: «Ludzie i zwierzęta, bydło i trzoda niech nic nie jedzą, niech się nie pasą i wody nie piją. Ludzie i zwierzęta niech przyobleką się w wory. Niech żarliwie wołają do Boga! Niechaj każdy odwróci się od swojego złego postępowania i od nieprawości, którą popełnia swoimi rękami. Kto wie, może się zwróci i ulituje Bóg, odstąpi od zapalczywości swego gniewu, i nie zginiemy?» Zobaczył Bóg ich czyny, że odwrócili się od złego postępowania. I ulitował się Bóg nad niedolą, którą postanowił na nich sprowadzić, i nie zesłał jej."


Może już pisałam, że Pismo Święte cały czas jest jak najbardziej aktualne. Można tam znaleźć swoją historię, konkretne wydarzenia. Dzisiejsze czytanie nie jest przypadkiem. Przecież to co dziś zobaczyłam to współczesna Niniwa.


czwartek, 2 marca 2017

piątek, 13 stycznia 2017

Obcy ludzie.

   Wyobraźcie sobie sytuację - dziecko cztero może pięcioletnie kurczowo trzyma się barierki na klatce schodowej. Dwoje rodziców nie może dziecka oderwać od prętów. Z pomocą przychodzą sąsiedzi wywabieni okropnym płaczem, wrzaskiem i histerią. A dziecko się trzyma i drze wniebogłosy. A dlaczego - bo chusteczka do nosa (którą wtedy wymagano w przedszkolu) nie była pod kolor całego ubrania. Tak, to byłam ja.
Zastanówcie się teraz co było waszym największym problemem podczas zabawy w piaskownicy? Podciekająca woda, za mało piasku, śmieci, mrówki. O nie. Dla mnie największym problemem było ułożenie zabawek: kolorami, od największej do najmniejszej czy zastosowaniem. Tak było zresztą ze wszystkimi zabawkami. Z dziećmi nie lubiłam się bawić. Inne dzieci zaburzały mój porządek.
Inna sytuacja. Jechaliśmy na wieś:
- Panie kierowco, a z tłumokiem mogę?
- Tak, wsiadaj pan.
- Kaśka, chodź tu, jedziemy.
Wszystkim było bardzo wesoło. Wszyscy się uśmiali. Nikt już tego nie pamięta. A ja pamiętam. Zagryzłam policzki od środka żeby nie płakać. Powiedzieć nic nie mogłam, bo w ustach miałam pełno krwi.
Ten sam wiek i dziecięca głupota. W szkole do toalety chodziło się parami (dziewczyny tak mają i to bez względu na wiek). Koleżanka miała śliczne flamastry. Wtedy wszystko było śliczne. Po pomalowanej na olejno ścianie ładnie się rysowało. Koleżanka o innej napisała zdanie typu "...jest gupia". Potem już poszło. Bez winy nie byłam. Też napisałam. Była tylko jedna różnica. Wszystkie konsekwencje poniosłam ja, a rodzice jeszcze długo się "chwalili" przed obcymi ludźmi moim wyczynem. Nie mogłam płakać, "bo trzeba ponosić konsekwencje swoich czynów i łzy w niczym nie pomogą". A koleżanka jeszcze długo była wzorem idealnego dziecka.
Kiedyś po wielkiej awanturze tata wyszedł. Zawsze wychodził. A mama zaczęła histeryzować. Przestraszyłam się, bo groziła, że zabije siebie i mojego brata. Poszłam po pomoc do obcych ludzi.
Znów wielka awantura tym razem tuż przed wigilią i tata który ostentacyjnie (bo na pogotowie nie trzeba było jechać) umyślił sobie podciąć żyły. Pełno krwi. Awantura.
Wszystko to wydarzyło się góra do mojego dziewiątego roku życia. Tyle pamiętam. I nic dobrego nie mogę sobie przypomnieć. Nic. Pustka.
Potem było gorzej. Nie byłam już tylko tłumokiem w żartach. Byłam tumanem, wcielonym szatanem, demonem, szmatą, narkomanką, kołkiem w płocie, świnią, złodziejem, mendą, bydlęciem. Zawsze słyszałam, że mogę się wynosić jak mi się nie podoba. I wyniosłam się.
Nie napisałam tylko, że obcy ludzie byli pełni podziwu jak moi rodzice się dla dzieci poświęcają, aby te miały wszystko. Moi rodzice się poświęcali, żeby "napchać te nienasycone gęby."
Moi rodzice nie pamiętają, może nie chcą pamiętać. Może dla nich to tylko słowa w nerwach powiedziane, bo "ja zawsze przesadzam, bo nie ma we mnie za krzty wdzięczności". A te wszystkie słowa tkwią we mnie jak drzazgi. Ciężko wyciągnąć, a jak wyciągam to ból jest nie do opisania.
Czy ktoś by mi uwierzył? Nie. Na zewnątrz było inaczej, a dzieci przesadzają, nie mówiąc już o nastolatkach. Nawet moje koleżanki zachwycały się jakiego mam wyluzowanego tatę i fajną mamę.
Jak straciłam Jasia nie płakałam, nie umiałam już płakać.
Do kościoła ciągnęło mnie zawsze. Były tam oazy, wspólnoty młodzieżowe. Tak bardzo chciałam być z tymi ludźmi. Tak bardzo im zazdrościłam ciepła, radości, akceptacji samych siebie, spokoju. Nikt mi drogi nie pokazał, a ja sama trafić tam nie umiałam.  Autorytetów poszukałam gdzie indziej. Dobrze się to nie skończyło. Nie ma przykazania, którego bym nie złamała.
 Ludzie litują się nad biednymi staruszkami o których zapomniały dzieci, bo jak tak można z rodzicami postąpić. A ja czuję wtedy w ustach smak własnej krwi.


sobota, 31 grudnia 2016

Zupełnie inny...

   Gniew, oskarżenia, zamęt... Moim rodzicom nie jest żal ani szkoda nikogo ani niczego poza tym domem, który jednak będą musieli sprzedać. Uczepić się zębami i pazurami rzeczy, przedmiotu i obwiniać innych za swoje błędne decyzje.
Brat do rodziców nie dzwoni i nie zadzwoni. dla mnie nie było to zaskoczeniem. Czy ja zadzwonię? Nie wiem. Pewnych słów mam dość, tak po prostu, po ludzku mam dość.
Tam potrzeba bólu, łez, oczyszczenia, potrzeba Boga, potrzeba działania Ducha Świętego. Co z tego, jeśli ktoś nie chce.
Moi rodzice stworzyli miejsce w którym się mieszka, miejsce do którego nawet wnuki jadą z obowiązku.

Kiedy ja spojrzałam na siebie, na swoje grzechy przeraziłam się. Kiedy dziecko zmieniło się w potwora? Co się takiego stało, że zło mną zawładnęło?
W złości mówi się różne rzeczy, ale są słowa których nigdy nie mówi się do dziecka, nigdy, nawet w złości, nawet kiedy nikt nie słyszy, nawet jeśli mają być tylko myślą. Nigdy.

Myślałam, że ten post będzie inny... zupełnie inny...