niedziela, 17 września 2017

"Wypłyń na głębię."

   Wychodzenie z grzechu to nieraz bardzo długi i żmudny proces. Często zdarzają się chaotyczne myśli i nieprzemyślane działania. A przecież powrót do Boga sprowadza się do jednego, zaufania Bogu bez względu na wszystko. To jest jedyne czego On od nas oczekuje. Tylko czy zaufania można się nauczyć?
   Obcowanie z Bogiem krótko wyrażają słowa: radość, cierpienie, radość. Rzadko który przechodzi do tej drugiej radości jaką jest Zmartwychwstanie i wszystko co jest z tym później związane. Przeważnie zatrzymujemy się jeszcze przed Krzyżem, często nawet nie rozumiejąc istoty cierpienia. Pierwsza radość wynika tylko z bycia Dzieckiem Bożym. Uporczywe tkwienie w niej bez następnych kroków prowadzi do bezkrytycznego przekonania, że można robić co się chce, bo Bóg jest od tego, aby nam wybaczać. Ewentualnie wyrastamy z tej radości, która idzie w zapomnienie. Ja przez tą pierwszą radość przeszłam trzy razy. Teraz stoję pod Krzyżem i trudno jest mi zrobić następny krok.
   "Wypłyń na głębię" - słowa, które nie dają mi spokoju.




czwartek, 13 lipca 2017

poniedziałek, 10 lipca 2017

"...każdy ma teraz depresję..."

   Na fb ktoś ze znajomych polubił udostępniony taki cytat "...depresja (...), każdy ma teraz depresję, bo to zajebiste usprawiedliwienie na to, żeby mieć wszystko w dupie i nie ruszać dupy z wyra."
W tamtym roku pisałam o mojej "przygodzie" z prawem jazy. To był tylko epizod, ale od dłuższego czasu takich epizodów jest coraz więcej.
   Chodziłam spać o 23 - 24, wstawałam 4 - 5. Nieraz, zwłaszcza wiosną i latem jeszcze przed świtem byłam na nogach. Siedziałam z kawą na podwórku i słuchałam śpiewu słowika. Teraz usypiam nawet po 20 i mam problem, żeby wstać o 7. Wiosną kupiłam drzewka owocowe, popatrzyłam na zarośnięte podwórko, na kosiarkę i rzuciłam je tam gdzie stałam. Codziennie wstaję rano i obiecuję sobie, że pójdę z córką na spacer. Nawet za zakupy jest mi trudno wyjść. Miałam kiedyś mnóstwo znajomych, nie na portalach internetowych. Nie było sytuacji niemożliwych do przejścia. Miałam piękny ogród. Kwiaty, warzywa, wykoszone, czyściutkie podwórko. Teraz ludzie mogliby nie istnieć. Zwykłe umówienie wizyty u okulisty jest problemem. Krzewy porzeczki zżera szkodnik. Nie potrafię rozmawiać z ludźmi, nawet z najbliższymi. Zaczynają być dla mnie obojętni.
 Codziennie rano proszę Boga, aby przeżyć kolejny dzień.  Te chwile są wytchnieniem, ratują mnie. Naprawdę mnie ratują.
Mówiłam głośno, że sobie nie radzę. Nie tylko najbliższym.
Nie mam zdiagnozowanej depresji, ani innej tego typu choroby, więc tak - jestem zgnuśniałym leniem i nierobem, kimś komu się we łbie przestawia.
Nie, do lekarza nie pójdę z prostej przyczyny - nie mam do nich zaufania.



niedziela, 25 czerwca 2017

Upomnienia.

   Upominano mnie nie raz. Ostatnio nawet miesiąc temu. Nie czułam się z tym komfortowo. Zresztą kto by się czuł? To nie jest przyjemne. Upomnienie ma doprowadzić do przemyślenia swoich słów czy postępowania. Upomniałam w końcu i ja. Nie powinnam. Teraz myślę, że ten obowiązek należał do proboszcza.
Ścisłe relacje człowieka z Bogiem i człowieka z człowiekiem określa 10 przykazań. Upomniałam, bo odnoszenie choćby jednego przykazania do zwierzęcia zakrawa na herezję.
Św. Paweł z Tarsu powiedział "unikajcie wszystkiego, co ma choćby pozór zła" (1Tes5,22). Narkotyki, jak je zwał tak zwał, nawet pozoru zła nie mają - są złem. W medycynie żadną nowością nie są. Narkotyk to narkotyk, a patrząc na tych którzy są za legalizacją marihuany utwierdzam się w przekonaniu, że kieruje nimi ich własny nałóg.
"Nie będziecie się tatuować. Ja jestem Pan!” (Kpł 19,28) Upomniałam. W tym przypadku nawet stanowisko Papieża, który urwał całą dyskusję o tatuażach, nie jest niczym nowym.
W zasadzie nic mnie to by nie obchodziło, gdyby nie fakt, że powyższe kwiatki dotyczą oazy, a konkretnie animatorów. Osób, które mają być przykładem dla dzieci.
Upomnienie w cztery oczy skończyło się awanturą i wyzwiskami (których wstyd przytoczyć) pod moim adresem. I nawet nie jest mi przykro z powodu tych wyzwisk, ale podniesionego głosu (chociaż ja mam taki głos, że wcale nie muszę ani krzyczeć, ani go podnosić). Tym bardziej, że wszystko miało miejsce przy kościele.
Teraz uważam i twierdzę, że całe zło jakie spotkało moją najstarszą córkę pochodziło właśnie z oazy. Uważam i twierdzę, że słownictwo jakiego używa mój syn w dużej mierze  przyczyną jest oaza. Sprostowanie nie oaza, ale ludzie którzy ją prowadzą, dając tym samym świadectwo wspólnocie.
Z tego co wiem zwracano już proboszczowi uwagę. I to jest drugi powód mojego rozżalenia. Córka zaszła w ciążę. Nie mogli od razu wziąć ślubu ze względu na jej zdrowie. Kto miał kolkę nerkową nie muszę nic tłumaczyć. Chcieli mieć i ślub i wesele. Z powodu moich strat z chrzcinami nie chciała czekać. Proboszcz ochrzcił wnuczkę po mszy, aby nie powodować zgorszenia. Córka to zrozumiała, chociaż było jej przykro. Sąsiadów córka zaszła w ciążę, urodziła. Chcieli zamówić najpierw ślub i chrzciny zaraz po ślubie. Proboszcz się nie zgodził. Ślub i chrzest odbyły się w Kielcach. Argumentów nie znam, ale tego już nie rozumiem.
Za to co jest w porządku i nie powoduje zgorszenia - służąca do mszy wytatuowana para, popierająca narkotyki, z której jedno nieźle potrafi przyćpać, nie widząca nic złego w swojej "filozofii" i obnosząca się ze swoimi grzechami. I to gdzie - w Sanktuarium Maryjnym. Wstyd, po prostu wstyd!!!

środa, 10 maja 2017

O pomocy, wdzięczności i zepsutych narzędziach.

   Dziewczyna jest jedynaczką. Jej rodzice kłopotów finansowych nie mają, niektórzy mogą nawet powiedzieć, że to zamożna rodzina. Dziewczyna mając 14 lat dowiedziała się, że ma guza na mózgu. Operacja, a później rehabilitacja. Niby leczenie jest darmowe, ale każdy wie jak to jest ze służbą zdrowia, ale nie o tym chciałam pisać. Nawet czyjaś zamożność w przypadku choroby ma swoje granice. Ruszyła lokalna machina pomocy. Wczoraj doszła do mnie plotka, że rodzice dziewczyny będą mieli sprawę w sądzie, ponieważ fundusze przeznaczali nie tylko na leczenie, ale i na najnowsze gadżety, ubrania itp. Zresztą nie o samą plotkę mi chodzi tylko o reakcję ludzi i moją.
I w tym momencie chciałam się skupić na sobie.
Od razu się oburzyłam, bo jak mieli nadmiar mogli przeznaczyć dla innego dziecka. Później przyszła refleksja. Jedno dziecko i śmierć w progu. Jeśli wyzdrowieje to dobrze, ale... jak przeżyć z dzieckiem całe życie w kilka chwil. Te rzeczy są substytutem czasu, miłości, troski i wszystkiego tego co rodzice dają dziecku.
Nadmiar. Musiałam kupić talerze. Wybrałam zastawę na dwanaście osób. Mogłam iść do kauflandu, tesco czy innego sklepu i kupić w promocji talerze za dwieście złotych (gdzieś takie coś było). Ja miałam zastawę już upatrzoną. W swoim mieście jej nie znalazłam, poza talerzami na sztuki. Zamówiłam przez internet tutaj (za reklamę, polecenie, wstawienie linku nikt mi nie zapłacił, zrobiłam to z własnej, nieprzymuszonej woli). Miałam nadmiar i  miałam taki kaprys, a w kolejce czekają inne rzeczy do kupienia. Mam nadmiar - kupuję herbatę. Znacie te małe woreczki na góra dziesięć porcji. Taki woreczek kosztuje siedem, dziesięć złotych. Za tyle miałabym zapas herbaty na pół roku, albo i dłużej. Można pokusić się o stwierdzenie, że nikt mi na to nie dał, ale to też do końca nie jest prawda. Kiedy zakładałam działalność nie sądziłam, że będzie tak ciężko. To co zarobię to o kant stołu rozbić. A najczęściej trzeba do tego dołożyć, a dokłada mąż. Ale wróćmy do nadmiaru. Przy nadmiarze nie jest ważne jego źródło. Brak nadmiaru, a tym bardziej niedosyt powoduje ukłucie zazdrości w sercu i poczucia niesprawiedliwości. A jeszcze jak gdzieś zaplączą się nasze pieniądze jak w przypadku pomocy to złość i wściekłość ludzka murowana.
Po co pomagam? Czy to nie jest tak, że chcę poprawić tylko swoje samopoczucie, złudę bycia komuś potrzebnym, potrzebę dostrzeżenia i chwalenia przez otoczenia naszych dobrych uczynków?
 Kiedyś wrzucałam dwa złote do puszki raz w roku, nieraz wysyłałam sms i myślałam, że kupiłam sobie za to całą wdzięczność świata. To jest łatwe i przyjemne. Czułam się taka dumna i wspaniała.
Bóg tą dumę złamał. Szłam na dworzec. W dłoni różaniec, który odmawiałam. Pod schodami w tunelu leżał młody mężczyzna. Nie, nie zostałam bohaterką chwili. Po prostu ominęłam, przeszłam i mnóstwo wymówek: bo na busa nie zdążę, bo plany na popołudnie i jeszcze mnóstwo innych. Różaniec schowałam do kieszeni, żeby głupio nie wyglądało. I chociaż wiele lat minęło, to jednak wyrzuty sumienia zostały. Druga sytuacja. Spotkałam koleżankę. Małżeństwo wisiało na włosku, ona z guzami w piersiach, była tak załamana, że nie chciała iść nawet do lekarza. Też się wtedy spieszyłam, mnóstwo wymówek i różaniec w kieszeni. Znalazłam chwilę. Porozmawiałyśmy, a raczej słuchałam. Najtrudniej było dać własne świadectwo bez narzekania, biadolenia i użalania się nad sobą. To ona wtedy potrzebowała słuchacza i  wsparcia. Za nią i za jej rodzinę poszedł w ruch różaniec. Koleżance się poukładało, wyzdrowiała, nie rozstała się z mężem. I nie uważam to za swój sukces. To zupełnie nie jest moja zasługa. I nie uważam też, że byłam wspaniała. To był normalny odruch, tak jakbym oddychała. Kiedy później usłyszałam słowa podziękowania byłam szczerze zdziwiona i zmieszana. Kim ja jestem, aby mi dziękować?
Pomoc musi być czymś naturalnym. Nie może stawiać mnie ponad innych ludzi. To nie ja mam się dobrze czuć niosąc pomoc, ale inni. To ja powinnam dziękować za możliwość pomocy innym, nie ktoś mnie. Ci, którzy potrzebują pomocy najczęściej o nią nie proszą.
O pomoc jest najtrudniej prosić.
Musiałam prosić o pomoc. Rodzina, moja rodzina, która przy świątecznym stole mówiła bardzo mądre rzeczy była ostatnia do której się zwróciłam. Potrzebowałam konkretnej pomocy. Tysiąc złotych pożyczki, oddaję za miesiąc. Mąż musiał mieć na wyjazd i jeszcze na część bardzo naglących rachunków. Od kuzynki, zawsze chętnej do pomocy usłyszałam "mam, ale nie pożyczę, bo możesz nie mieć, ja będę w podobnej sytuacji i z czego mi oddasz". Nie miała oporów, aby wydać około pięciuset złotych na jedzenie (policzyłam). Jedzenie, które nie było mi potrzebne. Mieszkam na wsi, wszyscy się znają i w sklepie mogłam wziąć na zeszyt. I tak musiałam, bo chleba na zapas nie kupię. Zresztą po co tyle jedzenia, jeśli groziło nam odcięcie prądu! "Pomoc nie jest mi już potrzebna. Zabierz  i daj komuś, kto tego naprawdę potrzebuje. Daliśmy już sobie radę". Do kuzynki jednak nic nie dotarło. "Ja to dla dzieci, nie dla was to robię". Czyli co? Pełna lodówka jedzenia, którego nie przejedliśmy, którym podzieliłam się z kimś innym. Kuzynka poczuła się dotknięta moimi słowami. W końcu się tak postarała, a tu nikt jej nie podziękował. 
Mieliśmy wtedy kredyt za dom. Dom to stary, zaniedbany drewniak. Wtedy żaden bank nie dawał żadnych pożyczek, kredytów dla pracujących za granicą, nawet jeśli wyjeżdżali z polskich firm. Od rodziców wyszła propozycja wzięcia kredytu na siebie. Miałam obawy, ale przekonał mnie mąż. Miesięczna rata 650 zł. Rodzice zapewniali o pomocy jeśli będziemy mieli kłopoty. Tak jak w przypadku kuzynki rodzice byli ostatnimi osobami do których się zwróciłam. Pożyczali nam wcześniej na ratę lub na jej część. Czasem mama zapłaciła coś od siebie. Przyjechał tata. Moja najstarsza córka była chora i nie poszła do szkoły. Do tej pory jest w szoku po tym co usłyszała. Mój tata myślał, że nikogo oprócz mnie nie ma w domu. Usłyszałam, że jestem oszust, świnia, złodziej i bydlę. Krzyczałam ja, zawsze krzyczałam, zawsze mnie było słychać. Tata zawsze mówił cicho, ale stanowczo i nigdy przy kimś. Też policzyłam 3200zł. Tyle za tą pomoc byłam rodzicom winna. Nie chcieli później pieniędzy, chociaż bez problemu mogłam im oddać.
Nie opowiadaj o swojej chęci niesienia pomocy, bo jeszcze ktoś ci w to uwierzy.
   Wracając do początku postu. Każdy, ja też, lubi wiedzieć co się dzieje z jego pieniędzmi, chce mieć wpływ na ich dalszy los. Dotyczy to również tego jak inni wydają swoje pieniądze. Ileż razy krytykowałam kogoś, bo kupił taką rzecz, a nie tamtą, bo posadził takie drzewko, a nie inne.
Lubimy mieć wpływ na to co się dzieje, lubimy być chwaleni, lubimy dawać rady, lubimy pouczać innych. Rodzice traktują dzieci jak rzeczy, jak inwestycję, która musi się za trzydzieści lat zwrócić z procentem. Dzieci traktują rodziców jak bankomat, darmową pomoc domową. Działkę sąsiada traktujemy jak przedłużenie własnej. A ktoś, kto kupuje buty za trzysta złotych jest traktowany jak złodziej przez kogoś kogo na te buty nie stać.
Zdaję sobie sprawę, że aby pomóc trzeba nagłośnić, ale czasem odnoszę wrażenie, że jest to mylone ze zwykłym "należy mi się". I w żadnym wypadku nie piszę tego w kontekście rodziny z początku postu. Plotka i moje "święte oburzenie" było tylko początkiem tej długiej refleksji.
To wszystko nas psuje. A jeśli jestem zepsuta to widzę zepsute rzeczy.
Jestem takim zepsutym narzędziem w rękach Boga. On jedyny może mnie naprawić. A tak na marginesie to niezłą ma tą rupieciarnię i jak musi nas kochać jeśli z uporem maniaka naprawia wciąż to samo.
I na koniec idealne narzędzie w rękach Boga - Jego Matka.

                                          Bastiano Mainardi

czwartek, 27 kwietnia 2017

Moja "siostra".

   Pamiętam z dzieciństwa obrazek z wizerunkiem jakiejś świętej. Młodziutka dziewczyna o łagodnej twarzy otoczona różanym wianuszkiem. Chciałam być jak ona - zawsze uśmiechnięta. Chociaż nie wiedziałam kim jest traktowałam ją jak siostrę.
   Po co idę do bierzmowania w zasadzie sama nie wiedziałam, nie zdawałam sobie sprawy jak wielki dar dostanę. Poszłam, bo wszyscy szli, bo rodzice wysłali. Też chyba nawet sami nie wiedzieli po co. Imię wybrałam takie, które mi się podobało. Nic o swojej świętej nie wiedziałam. Potem zapomniałam o obrazku, o bierzmowaniu. Zapomniałam nawet o tym jakie sama wybrałam imię.
   Przez długi czas nie mogłam sobie przypomnieć, ale przypomniałam.
Na imię mam Teresa, a moja "obrazkowa siostra" to św. Teresa od Dzieciątka Jezus.
Mała Tereska, karmelitanka.

   Wczoraj syn miał bierzmowanie. Podczas przygotowań obserwowałam rodziców. Od Pierwszej Komunii dzieci nie zmieniło się nic. Wtedy mamy do kościoła przyniosły czajnik elektryczny i podczas przygotowań urządziły sobie kawiarnię. Na moją uwagę o niestosowności zachowania najzwyczajniej się obraziły. Dopiero jeden z księży zakończył "pogaduchy". Ja jeszcze zostałam. Co z tego, że kościół był wyszorowany jak wchodząc bocznym wejściem trafiało się na bałagan.
Do bierzmowania nie ma takich przygotowań  (a może gdzieś są). Niestety obowiązki ostatnio przerastają moje siły i nieraz nawet możliwości. Nie wtrącałam się. Obserwowałam. "Hymn do Ducha Świętego" trudno się śpiewa. Moje ewentualne możliwości wokalne w zasadzie zaczynają się i kończą na "śpiewać każdy może...". Ale uważam, że nawet próba śpiewania "Hymnu..." nie powinna być powodem do żartów. Homilia podczas, której jest mowa o darach Ducha Świętego, odpowiedzialności, dojrzałej wierze, granicą między dzieciństwem, a dorosłością - znów uśmiechy i głowy kiwające z politowaniem zdające się mówić "o czym ten biskup w ogóle gada".

   Na moim bierzmowaniu poza świadkiem nie było nikogo. A świadek, pomimo iż to była osoba dorosła, też nie bardzo miała pojęcie po co przyszła.

   A ja, czy do końca zdaję sobie sprawę co dostałam? Popełniam błędy. Podejmuje złe decyzje pomimo "przeczuć", że coś jest nie tak. Wybieram Koronkę zamiast Różańca, bo jest krótsza.

Moim problemem jest to, że chcę być perfekcyjna w tym co robię przy jednoczesnym braku cierpliwości. Wszystko ma być idealne i szybko zrobione, ale jest to poprzeczka nie do przeskoczenia. Doprowadza to tylko do rozdrażnienia, irytacji, złości, braku wiary we własne możliwości, bo jeśli coś przekracza moje możliwości czuję się bezwartościowa. Często się zdarza, że po jednej porażce rezygnuję ze swoich marzeń, pasji z tego co nieraz z trudem zdobyłam.
Trafiając do Odnowy spotkałam ludzi, którzy maja już pełen pakiet łącznie z darem języków, widzenia czy prorokowania. I też chciałam być idealna - tak mi się wydawało. Mieć od razu wszystko co mają inni.
Jednak najpierw muszę zaakceptować swoją nieidealność i niecierpliwość.

   Chyba najwyższy czas "odpakować" prezent z bierzmowania. A poznając powoli moją "siostrę" łatwo nie będzie, ale na pewno będzie radośniej.


wtorek, 25 kwietnia 2017

Kwiecień.

Poezja jest w każdym z nas
we włosach pięknej dziewczyny
w oczach zakochanego chłopaka
w szarym płaszczu grubej kobiety
w wytartych kapciach mężczyzny
w uśmiechu małego dziecka
w zmarszczkach smutnego staruszka
w Chrystusie brzemieniem win naszych obarczonym
Poezja jest w każdym stworzeniu
w jękliwym bzyczeniu komara
w żalu bezdomnego szczeniaka
w tęsknym skowycie wilka
w płochliwych oczach gazeli
w ognistych skokach wiewiórki
w kukułce co ludziom grosze liczy
w świętym Franciszku w łachmany bogatym
Poezja jest wszędzie
w dolinie, gdzie woda skałę kształtuje
w niespokojnych liściach osiki
w wieczornym zapachu maciejek
w filiżance, której ucho odpadło
w żałobnej pieśni i w weselnych dzwonach
w niezdarnym dziecięcym rysunku
w rozpaczy Matki co pod Krzyżem stała 

niedziela, 2 kwietnia 2017

Anioł Stróż.

   Podczas spowiedzi usłyszałam od spowiednika "masz swojego Anioła Stróża". 
Niestety, ale o nim zapominamy. Uczymy dzieci czasem formułki i tyle. Kiedy ostatni raz poprosiłam swojego Anioła o pomoc, o wstawiennictwo? A on jest, pokorny, i czeka cierpliwie, aż ja o nim sobie przypomnę. Nawet nie, nie musi czekać. Chroni mnie nawet bez moich próśb. Chwila, kiedy byłam najdalej od Boga, przed grzechem śmiertelnym uratował mnie właśnie mój Anioł Stróż. Uratował mi życie to ziemskie i to wieczne. Dzisiaj wiem to na pewno. Usłyszałam go. Głos nie znoszący sprzeciwu, ale ciepły, pełen dobroci, troski. Od tamtego momentu jeszcze długo błądziłam. Myślałam, że mi się wydawało. W sumie niedawno rozpoznałam tą nieziemską interwencję. Nawet teraz, kiedy wiem ile zawdzięczam swojemu Aniołowi, to tak rzadko do niego się zwracam. "On jest pierwszym twoim orędownikiem, on pierwszy się za tobą wstawia." 
 Nie doceniamy swoich Aniołów Stróżów. Tą przyjaźń warto odnowić w każdym wieku. I lepiej doświadczyć ich istnienia w innych okolicznościach niż ja.


 

środa, 8 marca 2017

Jon 3, 1-10

"Pan przemówił do Jonasza po raz drugi tymi słowami: «Wstań, idź do Niniwy, wielkiego miasta, i głoś jej upomnienie, które Ja ci zlecam». Jonasz wstał i poszedł do Niniwy, jak powiedział Pan.
Niniwa była miastem bardzo rozległym – na trzy dni drogi. Począł więc Jonasz iść przez miasto jeden dzień drogi i wołał, i głosił: «Jeszcze czterdzieści dni, a Niniwa zostanie zburzona». I uwierzyli mieszkańcy Niniwy Bogu, ogłosili post i przyoblekli się w wory od najstarszego do najmłodszego. Doszła ta sprawa do króla Niniwy. Powstał więc z tronu, zdjął z siebie płaszcz, przyoblókł się w wór i usiadł na popiele. Z rozkazu króla i jego dostojników zarządzono i ogłoszono w Niniwie, co następuje: «Ludzie i zwierzęta, bydło i trzoda niech nic nie jedzą, niech się nie pasą i wody nie piją. Ludzie i zwierzęta niech przyobleką się w wory. Niech żarliwie wołają do Boga! Niechaj każdy odwróci się od swojego złego postępowania i od nieprawości, którą popełnia swoimi rękami. Kto wie, może się zwróci i ulituje Bóg, odstąpi od zapalczywości swego gniewu, i nie zginiemy?» Zobaczył Bóg ich czyny, że odwrócili się od złego postępowania. I ulitował się Bóg nad niedolą, którą postanowił na nich sprowadzić, i nie zesłał jej."


Może już pisałam, że Pismo Święte cały czas jest jak najbardziej aktualne. Można tam znaleźć swoją historię, konkretne wydarzenia. Dzisiejsze czytanie nie jest przypadkiem. Przecież to co dziś zobaczyłam to współczesna Niniwa.


czwartek, 2 marca 2017

piątek, 13 stycznia 2017

Obcy ludzie.

   Wyobraźcie sobie sytuację - dziecko cztero może pięcioletnie kurczowo trzyma się barierki na klatce schodowej. Dwoje rodziców nie może dziecka oderwać od prętów. Z pomocą przychodzą sąsiedzi wywabieni okropnym płaczem, wrzaskiem i histerią. A dziecko się trzyma i drze wniebogłosy. A dlaczego - bo chusteczka do nosa (którą wtedy wymagano w przedszkolu) nie była pod kolor całego ubrania. Tak, to byłam ja.
Zastanówcie się teraz co było waszym największym problemem podczas zabawy w piaskownicy? Podciekająca woda, za mało piasku, śmieci, mrówki. O nie. Dla mnie największym problemem było ułożenie zabawek: kolorami, od największej do najmniejszej czy zastosowaniem. Tak było zresztą ze wszystkimi zabawkami. Z dziećmi nie lubiłam się bawić. Inne dzieci zaburzały mój porządek.
Inna sytuacja. Jechaliśmy na wieś:
- Panie kierowco, a z tłumokiem mogę?
- Tak, wsiadaj pan.
- Kaśka, chodź tu, jedziemy.
Wszystkim było bardzo wesoło. Wszyscy się uśmiali. Nikt już tego nie pamięta. A ja pamiętam. Zagryzłam policzki od środka żeby nie płakać. Powiedzieć nic nie mogłam, bo w ustach miałam pełno krwi.
Ten sam wiek i dziecięca głupota. W szkole do toalety chodziło się parami (dziewczyny tak mają i to bez względu na wiek). Koleżanka miała śliczne flamastry. Wtedy wszystko było śliczne. Po pomalowanej na olejno ścianie ładnie się rysowało. Koleżanka o innej napisała zdanie typu "...jest gupia". Potem już poszło. Bez winy nie byłam. Też napisałam. Była tylko jedna różnica. Wszystkie konsekwencje poniosłam ja, a rodzice jeszcze długo się "chwalili" przed obcymi ludźmi moim wyczynem. Nie mogłam płakać, "bo trzeba ponosić konsekwencje swoich czynów i łzy w niczym nie pomogą". A koleżanka jeszcze długo była wzorem idealnego dziecka.
Kiedyś po wielkiej awanturze tata wyszedł. Zawsze wychodził. A mama zaczęła histeryzować. Przestraszyłam się, bo groziła, że zabije siebie i mojego brata. Poszłam po pomoc do obcych ludzi.
Znów wielka awantura tym razem tuż przed wigilią i tata który ostentacyjnie (bo na pogotowie nie trzeba było jechać) umyślił sobie podciąć żyły. Pełno krwi. Awantura.
Wszystko to wydarzyło się góra do mojego dziewiątego roku życia. Tyle pamiętam. I nic dobrego nie mogę sobie przypomnieć. Nic. Pustka.
Potem było gorzej. Nie byłam już tylko tłumokiem w żartach. Byłam tumanem, wcielonym szatanem, demonem, szmatą, narkomanką, kołkiem w płocie, świnią, złodziejem, mendą, bydlęciem. Zawsze słyszałam, że mogę się wynosić jak mi się nie podoba. I wyniosłam się.
Nie napisałam tylko, że obcy ludzie byli pełni podziwu jak moi rodzice się dla dzieci poświęcają, aby te miały wszystko. Moi rodzice się poświęcali, żeby "napchać te nienasycone gęby."
Moi rodzice nie pamiętają, może nie chcą pamiętać. Może dla nich to tylko słowa w nerwach powiedziane, bo "ja zawsze przesadzam, bo nie ma we mnie za krzty wdzięczności". A te wszystkie słowa tkwią we mnie jak drzazgi. Ciężko wyciągnąć, a jak wyciągam to ból jest nie do opisania.
Czy ktoś by mi uwierzył? Nie. Na zewnątrz było inaczej, a dzieci przesadzają, nie mówiąc już o nastolatkach. Nawet moje koleżanki zachwycały się jakiego mam wyluzowanego tatę i fajną mamę.
Jak straciłam Jasia nie płakałam, nie umiałam już płakać.
Do kościoła ciągnęło mnie zawsze. Były tam oazy, wspólnoty młodzieżowe. Tak bardzo chciałam być z tymi ludźmi. Tak bardzo im zazdrościłam ciepła, radości, akceptacji samych siebie, spokoju. Nikt mi drogi nie pokazał, a ja sama trafić tam nie umiałam.  Autorytetów poszukałam gdzie indziej. Dobrze się to nie skończyło. Nie ma przykazania, którego bym nie złamała.
 Ludzie litują się nad biednymi staruszkami o których zapomniały dzieci, bo jak tak można z rodzicami postąpić. A ja czuję wtedy w ustach smak własnej krwi.


sobota, 31 grudnia 2016

Zupełnie inny...

   Gniew, oskarżenia, zamęt... Moim rodzicom nie jest żal ani szkoda nikogo ani niczego poza tym domem, który jednak będą musieli sprzedać. Uczepić się zębami i pazurami rzeczy, przedmiotu i obwiniać innych za swoje błędne decyzje.
Brat do rodziców nie dzwoni i nie zadzwoni. dla mnie nie było to zaskoczeniem. Czy ja zadzwonię? Nie wiem. Pewnych słów mam dość, tak po prostu, po ludzku mam dość.
Tam potrzeba bólu, łez, oczyszczenia, potrzeba Boga, potrzeba działania Ducha Świętego. Co z tego, jeśli ktoś nie chce.
Moi rodzice stworzyli miejsce w którym się mieszka, miejsce do którego nawet wnuki jadą z obowiązku.

Kiedy ja spojrzałam na siebie, na swoje grzechy przeraziłam się. Kiedy dziecko zmieniło się w potwora? Co się takiego stało, że zło mną zawładnęło?
W złości mówi się różne rzeczy, ale są słowa których nigdy nie mówi się do dziecka, nigdy, nawet w złości, nawet kiedy nikt nie słyszy, nawet jeśli mają być tylko myślą. Nigdy.

Myślałam, że ten post będzie inny... zupełnie inny...


poniedziałek, 14 listopada 2016

Różnica.

   Wchodzenie w Zło odbywa się niepostrzeżenie i bardzo szybko. Przynajmniej tak było w moim przypadku. Wszystko na raz - muzyka, horrory, tarot, runy, spirytyzm, astrologia. Nie miałam czasu, aby pomyśleć, przeanalizować, nawet wiedza z dziedziny astronomii "się zablokowała" i pomimo tej wiedzy, czytałam i wierzyłam w horoskopy. Wystarczyły dwa miesiące. Potem już się myślało, ale inaczej, odpowiednio. Nie słyszałam, ani nie czytałam bluźnierstw, które nie padłyby kiedyś również  z moich ust. Nawet więcej - niektórych jeszcze nawet nie usłyszałam, ani nie przeczytałam, nikomu się dorównać nie udało.
Wychodzenie ze Zła niczym przyjemnym nie jest. Nagle okazuje się, że to Zło jest jak najbardziej realne, że to nie jest "jasełkowy diabełek", ani wesoła figurka w sklepie z pamiątkami. To co się dzieje jest realne, tak realne jak stojący w tej chwili obok mnie kubek z kawą.
   Bóg nawet jeśli działa bardzo szybko, daje czas na przemyślenie, opadnięcie emocjom. W zasadzie emocje to raczej nieodpowiednie określenie, bo każde działanie Boga jest spokojne, nie dostaje się "zaćmienia". Za każdym razem jest wątpliwość, czy to pochodzi od Boga. Nie wyłącza się ani świadomość, ani myślenie. Wręcz przeciwnie.
Te chwile sam na sam z Bogiem pozwoliły mi znaleźć odpowiedzi na wiele pytań, również na to - dlaczego? I o dziwo, nie było poczucia niesprawiedliwości, żalu czy gniewu. Raczej smutek i cierpienie, że odrzucając Boga wystawiamy się na działanie Zła. W przeciwieńtwie do Boga, Zło o zgodę się nas nie pyta. I na tym polega podobieństwo człowieka do Boga, za to Zło tak nienawidzi Człowieka - wolną wolę.
Znam osobę, która nigdy nie kupowała sobie skórzanych butów. Wymówki były różne: "a po co", "przecież są takie same", tylko ceną się różnią", "stówę za sandały, a w życiu". Jednak na tych sandałach stanęło i po dwóch tygodniach okazało się, że to jednak nie to samo i buty warte są tej ceny, tym bardziej, że po siedmiu latach, może na wyjście się już nie nadają, ale w użytku są cały czas. Znam też osobę, której wystarczyły wyroby czekoladopodobne, do czasu, aż nie spróbowała prawdziwej czekolady. Sami wybieramy substytuty. Człowiek z natury jest religijny. Nawet ateista wierzy, wierzy we własne siły, umiejętności i rozum. A co jeśli braknie sił, zawiedzie rozum i tym samym umiejętności?
   Najtrudniej jest wyrzec się grzechu. Ja musiałam wyrzec się samej siebie, aby Jezus mógł wypełnić moje serce. I wiem, że On tam jest pomimo bałaganu, który jeszcze w moim sercu panuje.
To konkretne działanie Boga obrazuje ta piosenka:


sobota, 24 września 2016

Aborcja - nie można milczeć.

   Co jakiś czas wraca temat aborcji. Przeraża mnie zaciekłość i zawziętość z jaką chce się mordować ludzi. Po połączeniu się dwóch komórek powstaje nowe życie, nowy człowiek, który już w tym momencie ma zapisane w kodzie genetycznym nie tylko płeć, ale wygląd, stan zdrowia, predyspozycje. Przeraża mnie, że aborcję popierają ci którzy lepiej niż ja znają genetykę.
   Jeżeli jest przestępca, ofiara i dziecko, dlaczego na śmierć skazane ma być dziecko, a przestępca w wielu przypadkach nie ponosi żadnych konsekwencji. Może w takim wypadku zmienić prawo i za przestępstwa ogólnie niech odpowiadają dzieci ofiar.
Stan wyższej konieczności - sytuacja w której ratuje się osobę mającą największe szanse na przeżycie. We wszystkich przypadkach lekarze ratują życie matki. I osobiście nie spotkałam się z potępieniem mamy, która wybrała swoje życie. I nawet jeśli wszystkie badania potwierdzały utratę życia kobiety, to jednak później każda zastanawiała się co by było gdyby...
Konsekwencją zalegalizowania aborcji będzie eutanazja i eugenika. Lista powodów do zabicia człowieka będzie rosła w zastraszającym tempie: wiek, niedołęstwo, choroba i to niekoniecznie nieuleczalna, niskie IQ, niezaradność, nadwaga, niedowaga i co tam jeszcze przyjdzie komuś do głowy. Teraz może się to wydawać absurdalne, ale jest tak samo absurdalne jak niepraktykujący katolik popierający aborcję.
A według wiary w chwili poczęcia człowiek dostaje już ukształtowaną, dorosłą duszę. Jeszcze do niedawna kłopotem co do katolickiego pochówku u dzieci był brak chrztu. Są duchowni, którzy mają z tym problem, ale w sumie to nie jest ich tak wielu. Mszy za dziecko się nie odprawia, jeżeli jest msza to w intencji rodziców i rodziny, ponieważ przedwcześnie zmarłe dziecko jest już święte, jest już u Boga.
A co do nagle zwiększonej liczby poronień - to może lekarz ginekolog przestanie opowiadać bzdury, że jego praca w szpitalu ogranicza się do wydawania wyników badań. I o ile znalezienie księdza z powołania nie stwarzało kłopotów, to ginekologa katolika szukam do tej pory, od ponad dwudziestu lat.
I podsumowanie:
Jeżeli jesteś za aborcją to nie bulwersuj się jak jakiś młody człowiek źle potraktuje Ciebie na ulicy. Dla tego człowieka możesz być tylko jednym z wielu organizmów umiejscowionych w systematyce.

Jak wygląda aborcja, każdy może sobie znaleźć w internecie. Ale nawet dla zwolenników aborcji zdjęcia i filmy są - "za bardzo przerażające i nie chcę nawet słuchać."
   A teraz wyobraź sobie, że osoba o której z pogardą mówisz "jakiś klecha", przekonał Twoją mamę czy babcię, aby zrezygnowała z usunięcia ciąży. Wyobraź sobie jeszcze jedną sytuację, że żyjesz tylko dlatego, że podczas zabijania Ciebie coś poszło nie tak.
Aborcja nie likwiduje zlepku komórek, aborcja zabija dzieci.

Mój Jaś w chwili śmierci był troszkę większy:

https://wobroniewiaryitradycji.files.wordpress.com/2012/02/stc3b3pki-jasia.jpg

środa, 14 września 2016

Pozytywnie :)

   Przyjechała do mnie wczoraj córka z wnuczką. Weszłyśmy do sklepu. Małą trzymałam na ręku. Oczywiście zachwyt nad dziesięciomiesięcznym berbeciem i słowa ekspedientki: "Jaka młoda babcia. Pasuje jak własne. " Nie było smutku, żalu, złości, tylko ciepło w sercu. Chyba to dobry znak.
   Życzę Wam właśnie tego ciepła w sercu.